wtorek, 23 stycznia 2018

Ho Chi Minh - Doha - Warszawa, wszystko dobre co się dobrze kończy (16/16)

Na lotnisko przyjeżdżamy na 2,5 godziny przed odlotem. Myśleliśmy, że korki na wyjeździe z miasta będą większe, ale udaje nam się dotrzeć Uberem z hotelu w około 30 minut. Stanowiska odprawy już otwarte. Zrobiliśmy wcześniej checkin przez internet, daje nam to możliwość ominięcia długiej kolejki i ustawiamy się przy stanowisku Bag drop.


Na wylocie mieliśmy 19 kg (2 duże plecaki plus 2 małe). Dzisiaj waga pokazuje w sumie 39 kg.


Port lotniczy w Sajgonie jest nowoczesny i przestrzenny. Na prawdę nie ma się do czego przyczepić.



Na końcu terminala jest nawet strefa wypoczynkowa. Pomimo tego, że otwarta to zawsze wygodniej czekać na lot w pozycji leżącej.


40 minut przed odlotem rozpoczyna się boarding i schodzimy do bramki. Nasz samolot to A330-300, A7-AEH, przyleciał z Phnom Penh. 11 letnia maszyna ze starymi PTV i skrzynkami pod fotelami.


Załoga jednak młoda.




Trasa wiedzie m. in. nad Bangkokiem, nad którym zakręcamy w stronę Doha.


Godzinę po starcie rozpoczyna się serwis. Jedzenie dużo lepsze niż to na lotach z WAW i DOH w listopadzie.

Najsłabsze ogniwo jest bardzo słabe. Sałatka z papai kompletnie niezjadliwa.

Planowana przesiadka w Doha z 1:15 h rozciągnęła się na prawie 2 godziny z powodu wcześniejszego lądowania. Udało mi się w tym czasie kupić model A380 Qatar Airways.


Zajął miejsce obok B777-300 Emirates oraz B787-8 LOT.
Boarding rozpoczyna się o czasie. Niestety, ale nasi rodacy nie potrafią skumać boardingu strefowego i na hasło: Prosimy o pozostanie na miejscach, zapraszamy pasażerów ze strefy X - wszyscy szturmem idą do rękawa.





Zajmujemy swoje miejsca w rzędzie 18.


Kolejny serwis. Jedna z lepszych porcji, jaką jadłem. Sernik na ciepło z budyniem i dżemem wiśniowym.



Omlet też niczego sobie, mocne 3.



Lot upływa nam szybko.


Lądujemy o czasie na pasie 11 przed godziną 6 rano.


Najdłuższe oczekiwania na bagaże podczas całego wyjazdu - 25 minut.


W mieszkaniu jesteśmy w 15 minut po odebraniu bagaży. Znowu się udało. W planach na 2018 Filipiny, Malezja, może Singapur, albo po prostu miejsce, które samo nas wybierze.

poniedziałek, 22 stycznia 2018

Istny Sajgon (Azja 2017, cz. 15/16)

Po powrocie z wycieczki idziemy się przejść po okolicy. Zaraz za hotelem znajduje się imprezowa dzielnica. Aż dziwne, że w pokoju panuje całkowita cisza.



Na kolację jemy krokodyla. Porównanie standardowe - przeciągnięty kurczak o zapachu ryby.






Rano na śniadanie tradycyjna zupa PHO z ulicznego stratagnu. To jest już nasz ostatni dzień w mieście i ostatnia okazja, aby zjeść zupkę na śniadanie. Dla mnie to ta forma jedzenia przebija wszystkie istniejące. Aż szkoda, że w Polsce uważa się to za danie premium i trzeba zapłacić prawie 20 złotych w wielu miejscach.




Z ciekawości zachodzimy też do KFC. Hamburger podany na normalnym talerzu.



Robimy też drobne zakupy na bazarze. Targować trzeba się wytrwale i mocno. Ceny do zbicia o co najmniej połowę.






Po drodze trafiamy na otwarcie sklepu. Widowiskowe.



I bardzo miła dla oka obsługa.


Tym przyjemnym akcentem kończymy nasz pobyt w Wietnamie. Późnym popołudniem jedziemy na lotnisko.

sobota, 20 stycznia 2018

Wycieczka do Delty Mekongu - obwoźne telezakupy (Azja 2017, cz. 14/16)

Wycieczka za 8 dolarów nie może spiąć się cenowo dla organizatora, jeśli nie wrzuci się do niej dodatkowych atrakcji. Pierwszym punktem jest przystanek na toaletę i zupełnie przypadkowo okazuje się, że w tym czasie odbywa się prezentacja ubrań z kokosa. Z ciekawości siadamy w małej sali, gdzie mała Wietnamka z pełnym zaangażowaniem prezentuje różne cudowne przedmioty. Ze swetra robi szalik, z szalika sukienkę, z sukienki czapkę. Szok. Śmiejemy się pod nosem i wychodzimy. Chyba nie jesteśmy osobami, do których skierowane jest tego typu show.


Drugim punktem jest pasieka. Degustacja herbaty z miodem i cytryną, cukierków miodowych, suszonych owoców. W porządku, wpadło coś na ząb, ale tu też nic nie kupujemy.


Dalej fabryka słodyczy z kokosa. Znowu degustacja - cukierki, alkohol, owoce. Tu też bez zakupów.



Dalej pokaz śpiewów ludowych, poczęstunek ze świeżych owoców. Gdy myślisz, że można się zbierać. Wyskakuje pani z koszyczkiem na napiwki. Wrzucamy kilka tysięcy i w końcu jedziemy popływać łódką.


Spływ trwa z pół godziny, ładnym kanałem, 4 osobowymi łodziami. Okazja, żeby zrobić kilka ładnych zdjęć i nic więcej.



Potem jedziemy na obiad, który wliczony jest w cenę. Całkiem smaczny i syty. Można kupić coś więcej, jeśli ma się na to ochotę.


Jest miejsce, gdzie chętni szczują krokodyle kawałkami surowego mięsa. Zwierzęta zastygają w bezruchu i atakują kąski.


Na koniec zajeżdżamy do pagody i wracamy do HCMC.




Do Sajgonu wracamy wieczorem przed 18. Wycieczka z grubsza udana. Warta była dokładnie 8 dolarów - nie mniej, nie więcej.

piątek, 19 stycznia 2018

Phu Quoc - Ho Chi Minh City (Saigon) z VietJetAir (Azja 2017, cz. 13/16)

Z Phu Quoc nie wracamy do Hanoi tylko lecimy dalej. Dzisiaj i w ciągu najbliższych trzech dni planujemy posiedzieć w Sajgonie. Na lotnisko dojeżdżamy kilka chwil przed godziną 10. Odprawiamy się i idziemy w stronę bramki.



Terminal jak na aktualne potrzeby wydaje się być ok. Dużo stanowisk odpraw, brak kolejki do kontroli bezpieczeństwa i dużo przestrzeni. Obsługa nie dysponuje automatycznym sprawdzaniem kart pokładowych przed wejściem do security. Zamiast tego stoi dwóch smutnych panów, którzy jeszcze z bardziej smutnym wyrazem twarzy sprawdzają dokładnie dane na karcie, w paszporcie i wnikliwie porównują zdjęcie ze stanem faktycznym.
 Nasz lot jest opóźniony o około 30 minut, ale to nie przeszkadza do uformowania się kolejki do bramki zanim jeszcze ogłoszono boarding. Wszędzie te same zwyczaje.



Dzisiaj polecimy A320 w malowaniu Revotec. Chyba niewiele jest "czystych" malowań we flocie VietJetAir.




Zajmujemy miejsca w ostatnim rzędzie. Z tyłu jest kilka wolnych miejsc, to obok nas też pozostaje wolne. Czuję się podwójnie oszukany. Na plakatach VietJet przedstawia stewardessy w uniformach plażowych, a dwa razy trafiamy na męską załogę. Ostała się chociaż jedna pani.



Lot przebiega spokojnie, trwa 40 minut. Po drodze lecimy nad Can Tho, największym miastem w Delcie Mekongu.



Do Sajgonu dolatujemy kilka minut po czasie.




Z lotniska bierzemy autobus linii 152. Z terminala krajowego odjeżdża ze stanowiska B04 i kosztuje 10 000 VND. Wcześniej pytaliśmy niewłaściwych osób (konkurencji) o dojazd do miasta. Powiedzieli, że koszt biletu to 20 000 VND, a miejski autobus nie kursuje w ogóle.


Po godzinie wysiadamy praktycznie pod samym hotelem. Zarezerwowany dwa dni wcześniej, bo nasz poprzedni hotel zaczął przechodzić remont chwilę przed naszym przyjazdem i chcieli nas przerzucić do jakiegoś hostelu, który na bookingu był 2 razy tańszy.
Teraz śpimy w Nest Hotelu. Pokoje małe, ale czyste i z dobrą klimą. W cichym zaułku, z dobrym dojazdem do lotniska i dojściem do centrum.

Pierwsze co nas uderza w Sajgonie to skutery. Hanoi, Tajwan czy Bangkok to nic w porównaniu z Ho Chi Minh. Lecimy coś zjeść i poszukać wycieczki do Delty Mekongu. Z powodu braku czasu chcemy pojechać na coś zorganizowanego. Mamy świadomość, że odwiedzimy wiele różnych sklepów i stracimy masę czasu na głupoty, ale jednak się decydujemy.
Z 25 dolarów za osobę schodzimy do 8, więc jest OK. W cenę wliczony jest transport, jedzenie, rejs łódką, statkiem. Poza tym nie wydaliśmy ani donga.




Wieczorem idziemy na nocne zwiedzanie HCMC. Miasto jest głośne, rozśpiewane i przyjazne. Ani chwili nie poczuliśmy się niebezpiecznie. Podobno trzeba uważać, bo skuterowi rabusie wyrywają turystom z rąk telefony. My się z tym nie spotkaliśmy.